Loading

VARANASI – Miasto Śmierci

VARANASI – Miasto Śmierci

Pielgrzymka do Varanasi

W niemal każdej kulturze i religii funkcjonuje jakiś cel pielgrzymkowy. W Polsce jeździmy do Częstochowy pomodlić się przed świętym obrazem Matki Boskiej, Meksykanie mają swoje Guadalupe, a Muzułmanie Mekkę. Dla wyznawców hinduzimu takim celem jest Varanasi czyli dawne Benares. Hindusi jeżdżą tam z dwóch powodów. Pierwszy to rytualna kąpiel w Gangesie i obmycie grzechów. Drugi to śmierć. O ile pierwsze znamy z wierzeń katolickich, o tyle drugie warto rozwinąć.

Po co zbierać pieniądze i wyprawiać się w ostatnią podróż?

Chociaż Ganges ciągnie się przez odległość ponad 2700 km, w Varanasi jest otoczone szczególnym kultem. Wyznawcy hinduizmu wierzą, że miasto leży na trójzębie Śivy i tylko w tym miejscu bóg potrafi przemawiać do ucha umierających. Bez względu na status społeczny, płeć, stan zdrowia i wiek każdy szanujący się Hindus choć raz w życiu pragnie obmyć się w wodach Gangi-matki. Główną motywacją do odbycia pielgrzymki – czasem ostatecznej, z drugiego końca kraju i za oszczędności całego życia, jest moksha czyli zbawienie. Oznacza ona wyzwolenie z cyklu kolejnych reinkarnacji i opuszczenie kręgu samsary. To koniec tułaczki wcieleń w poszukiwaniu nirvany. Złożenie prochów na świętych ghatach w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki daje możliwość osiągnięcia zbawienia.

Chcesz umrzeć? Szukaj Ghatów.

Ghaty to wielkie kamienne schody prowadzące do Gangesu. W mieście możecie odwiedzić kilkadziesiąt ghatów o różnym znaczeniu i popularności. Dwoje z nich – Manikarnika i Harishchandra służą jako miejsce kremacji zwłok. Wystarczy wejść na dowolny dach, dowolnego hoteliku czy restauracji z widokiem na Ganges i dobrze się rozejrzeć, żeby trafić do nich bez najmniejszego problemu:

Ale zanim pójdziesz, napij się lassi 🙂

W pobliżu krematoriów zlokalizowane są budynki przeznaczone dla osób oczekujących na śmierć. To coś w rodzaju guesthousów dla umierających. Trochę jak nasze hospicja. Jedni czekają miesiąc, inni kilka dni. Średnio ludzie spędzają w nich nie dłużej niż dwa tygodnie. Po śmierci, ciało zawijane jest w materiał i na bambusowych noszach składane nad Gangesem – kolorowo, przy dźwiękach bębnów i sypaniu ryżem.

 

Varanasi jest szalonym miastem. Nigdzie indziej życie nie przenika się ze śmiercią tak bardzo i w taki sposób jak tam – płynnie, bez histerii, bez płaczu, tak po prostu. To miejsce, w którym można oswoić się ze śmiercią. Uważajcie jaki rezerwujecie hotel lub gdzie jecie obiad. Wasza restauracja może być przy alejce, którą nosi się trupy. Polecana przez wszystkie przewodniki popularna knajpka „Blue Lassi” zlokalizowana jest własnie przy głównym trakcie prowadzącym do krematoriów. Wyobraźcie sobie, że jesteście na wakacjach, robicie sobie zdjęcia, celebrujecie życie w doborowym towarzystwie, żart sypie się z rękawa, muzyka gra, a Wy jecie naprawdę najlepsze na świecie lassi i nagle dwa metry przed Wami, w dosyć krótkich i regularnych odstępach czasu idzie kondukt żałobny. Nikt się nie zatrzymuje. Pan, który robił Wam lassi robi je już kolejnym turystom, handlarz, który wciskał Wam przed chwilą spodnie we wzorki, próbuje sprzedać je komuś innemu, a dzieci, które biegały za plastikową butelką nadal za nią biegną. Nic się nie zmienia. Żywi dalej muszą robić swoje.

Stosy, które nie gasną.

Na pewno zastanawialiście się ile drewna potrzeba aby spalić średniej wielkości ciało oraz jak długo się ono pali. Krematoria zlokalizowane nad Gangesem płoną całą dobę. Jedno ciało pali się około 3 godziny i wymaga około 350 kg drewna. Każde z nich jest w stanie spalić około 300 ciał każdego dnia. Skąd zatem brać takie ilości drewna i ile kosztuje wyprawienie pogrzebu?

 

Iron Wood, bo tak nazywają to drewno Hindusi, ma idealne właściwości do palenia. To drewno oliwne, tłuste, nie wymaga suszenia. W związku z zawartością dużej ilości olejów nie gaśnie podczas deszczu i pochłania całkowicie zapach palonego ciała. Drewno jest bardzo kosztowne i nie każdego na nie stać. Często zrzuca się na nie dalsza rodzina, a nawet sąsiedzi. Innym sposobem pozyskiwania funduszy dla najbiedniejszych jest przesiewanie prochów w poszukiwaniu biżuterii i złotych zębów. Z ich sprzedaży organizowana jest pomoc. Przed położeniem na stosie, ciało na chwilę zanurza się w świętej rzece. Każde polano, którym zapala się stos odpalane jest od „wiecznego ognia”. Jest to palenisko, w którym ludzie utrzymują ogień bez przerwy od ponad tysiąca lat.

Nie wszystkie ciała się pali. Są pewne wyjątki, uznawane za oczyszczone, które osiągnęły mokshę bez finału na stosie. Należą do nich święci mężowie Sadhu, kobiety w ciąży, osoby ugryzione śmiertelnie przez kobrę, albinosi, trędowaci, oraz dzieci do lat 10. Ich ciała zabierane są łodzią na środek Gangesu i z kamieniem przy nodze wrzucane do wody.

Misja czy biznes?

Struktura i sposób zarządzania krematoriami przypomina nieco mafię. Biorąc pod uwagę koszty pogrzebu jest to ogromny biznes. Paradoksalnie ciałopaleniem zajmują się ludzie z najniższej kasty zwani Dalit –  ucięmiężeni, potocznie zwani Niedotykalnymi. To nawet nie jest kasta. To cała grupa społeczna żyjąca poza marginesem. Palą zwłoki, sprzątają publiczne toalety, zbierają śmieci i padlinę. Wykonują najgorsze prace. Szef krematorium mimo, że również pochodzi z Dalit, opływa w bogactwo. To właśnie kwintesencja kontrastów w Indiach. Człowiek o twarzy zbira, który jest społecznie nikim, jest najbogatszy. Ludzie umierali i umierać będą więc interes jest pewny, a mafijna struktura zapewnia monopol i płynność biznesu.

Atrakcja turystyczna

Gdybyśmy przenieśli krematoria na nasze warunki to wyobraźcie sobie organizowanie pogrzebów na Krupówkach w Zakopanem, na Monciaku w Sopocie, albo na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. W miejscu turystycznym, pełnym gapiów. Czy wyjmiecie telefon i zaczniecie robić zdjęcia? Przecież jesteśmy na wakacjach i w zasadzie przyjechaliśmy do Varanasi trochę po to aby zobaczyć te stosy. Rodziny zmarłych są w trudnej sytuacji, ponieważ teren ghatów jest otwarty i dostępny dla wszystkich. Warto o tym pamiętać i zachować dystans. Obowiązuje jedna zasada: nie wolno robić zdjęć. I choć nie istnieje oficjalne prawo zakazujące fotografowania, ani nawet nie ma żadnych znaków zakazu, to jeśli wyciągniecie aparat, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie. Teren jest pilnowany, a Wy sami musicie ocenić gdzie jest granica. Można próbować zdobyć oficjalne pozwolenie, ale kilka minut fotografowania kosztuje kilkaset złotych – gra nie warta świeczki. Jest jeszcze jedna zasada: unikajcie dymu ze stosów. Faktycznie drewno zabija smród, ale nadal nie jest przyjemnie jak wiatr zawieje i trzeba go wdychać, albo wygarniać popiół z włosów. To działa na wyobraźnię.

 

Rzeka płynie, tak samo jak kołem toczy się cykl życia i śmierci. W tym całym hinduskim chaosie jest metoda. Wbrew pozorom w wielu sprawach bardziej logiczna niż w naszym świecie. A jednak nas to dziwi. Ja jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że to nasz świat jest bardziej bezwzględny. W Indiach nawet wykluczeni społecznie ludzie mają szansę na pracę, na przetrwanie. Być może to co robią nie przynosi im chwały, ale wykonują prace pożyteczne dla wszystkich. Ta logika działania ma swoje korzenie w sięgającej tysiące lat tradycji. Ich tożsamość jest określona czynami ojca, dziada i pradziada. W czasach gdy u nas stawia się na jednostkę, tam nadal siłą jest grupa. Nawet biedni ludzie mają w sobie więcej szczerego uśmiechu niż turyści, którzy się nad nimi litują. Ulica zawsze żyje, zawsze się śmieje. Życie i śmierć spotykają się w Varanasi w najbardziej niezwykły i intensywny sposób.