Loading

Jacy są ludzie w Burundi? Co nas różni a co dzieli?

Jacy są ludzie w Burundi? Co nas różni a co dzieli?

Jeanne i relacje międzyludzkie

Po krótkim spacerze wróciliśmy do domu Bosco. Wszyscy ludzie w Burundi szaleją na punkcie elektroniki. Uwielbiają zdjęcia, więc jak tylko wyjąłem aparat zaczęła się sesja zakończona dopiero z rozładowaniem baterii.

Spośród całej grupy swoim stanem materialnym wyróżniała się Jeanne. Mimo swoich 24 lat, prowadzi dwie restauracje, ma dwa samochody – w tym jeden terenowy. Ma także własny dom.  Poprzez swój status businesswoman trudno jej znaleźć męża, a jej wiek w zasadzie kwalifikuje się do kategorii „starej panny”.

W Burundi panuje bardzo tradycyjny model rodziny. Mężczyzna pracuje i utrzymuje dom. On ma też prawo do spotkań z kolegami, wieczornych wyjść i większości przyjemności (w tym nieoficjalnie zdrady). Kobieta natomiast prowadzi dom, rodzi dzieci i zajmuje się ich wychowaniem. Zresztą mając piątkę dzieci na głowie często i tak brakuje czasu na inne rzeczy. Najlepszą kandydatką na żonę jest kobieta cicha, skromna, pogodzona ze swoją rolą. Działa tam dokładnie taka sama zależność jak w Europie. Mężczyzna za żonę wybierze kobietę o zdecydowanie innych cechach niż kochanka. I tak już jest, że część kobiet w tak konserwatywnym społeczeństwie nigdy nie znajdzie męża. Wracając do Jeanne, mężczyźni się jej po prostu boją. Jest to trudne i społecznie nie akceptowalne żeby żona pracowała i zarabiała więcej od męża. Jedynym jej ratunkiem jest mężczyzna bogatszy od niej.

Powyższy model społeczny ma jednak wiele zalet. Bardzo cenione jest życie rodzinne. Brak prądu, telewizji, Internetu powoduje, że ludzie spotykają się ze sobą i dużo rozmawiają. Budują się normalne relacje międzyludzkie – coś o czym Europa dawno zapomniała. Ich telefony pękają od kontaktów, numerów do rodziny i znajomych.

W rodzinie jest ustalona hierarchia. Starzy ludzie darzeni są szacunkiem. W końcu to oni dali życie i wychowali kolejne pokolenia. Funkcjonuje pojęcie seniora rodu. Dzieci natomiast od małego uczone są szacunku do starszych. Wykonują też prace za niewielkie pieniądze. Do domu Bosco codziennie przychodziło dwóch, trzech młodych chłopców którzy słali łóżka, zamiatali podłogę i układali ubrania. Kilka razy niechcący narobili mi bałaganu przekładając moje rzeczy. Poza miastem dzieci też znajdują sposoby aby zarobić trochę drobnych. Zdarzało się, że nasz autobus był niemal zatrzymywany przez grupę młodych chłopców. Pokazywali, że zasypali ziemią dziury w asfalcie i prosili o niewielkie wynagrodzenie. Zabierali również wszystkie puste plastikowe butelki w których zapewne nosili później wodę.

DSC_1206

Bosco

Mój gospodarz ma 30 lat. Pracuje jako hydraulik w placówce ONZ. Podczas mojego pobytu często zabierany był śmigłowcem w różne rejony Burundi aby likwidować szkody. Posada w międzynarodowej firmie czy organizacji to szansa na wysokie zarobki. Bosco zarabia 1000$ miesięcznie, co pozwoliło mu wybudować dom i kupić samochód. Budowa dom w przeliczeniu na złotówki kosztował ok. 150tys zł. Są 3 pokoje, kuchnia i łazienka. Przed domem niewielki ogródek. Trzeba przyznać, że projekty domów oraz ich wykonanie nie należą do najpiękniejszych. W biedniejszych dzielnicach są to po prostu gliniane chaty. Jeżeli kogoś stać na trudno dostępne materiały budowlane to jest w stanie zbudować konstrukcję która przypomina dom.

Bosco nie ma żony, za to od jakiegoś czasu ma narzeczoną. Codziennie pokazywał mi jej zdjęcia powtarzając jak bardzo ją kocha. Z dumą wspomina moment kiedy dała mu się pierwszy raz pocałować. Było to po 3 latach znajomości. Filozofia jest bardzo prosta: Jeżeli Tobie łatwo pójdzie z kobietą, to innym pójdzie równie łatwo. Dlatego im kobieta mniej dostępna, tym jest cenniejsza. Idealny materiał na żonę

Korupcja

.W kraju który dopiero podnosi się po upadku wywołanym wojną, gdzie średnie pensje ledwie starczają na jedzenie, a wszelkie urzędy zaczynają się dopiero tworzyć i funkcjonować, spotykamy zjawisko korupcji na szeroką skalę.

Po trzech dniach pobytu w Burundi zaszła potrzeba przedłużenia mojej wizy o kolejne 10 dni. Poszliśmy z Samsonem do odpowiedniego urzędu. W środku 3 okienka, na każdym ogromny plakat przedstawiający trupią czaszkę i napis „korupcja zabija”. Samson powiedział, że pracuje tu jego dobry znajomy. Dałem mu wypełnione dwa formularze, zdjęcie, kopię paszportu z wcześniejszą wizą oraz paszport w który wcześniej włożyłem 10$. Nie minęła godzina jak miałem w ręku podstemplowaną wizę. Aby zilustrować burundyjskie realia w kwestii wydawania wiz: w czasie gdy czekałem na dokumenty, weszła pewna Francuzka i zrobiła straszną awanturę. Samson przysłuchiwał się całej scenie po czym powiedział mi, że ona stara się o kolejną wizę zgodnie z procedurą. Nikogo tu nie zna. Awantura była spowodowana tym, że przychodziła do urzędu już drugi tydzień.

Dla wielu osób podobny proceder może wydawać się niemoralny. Ale wystarczy postawić się na miejscu urzędnika, dla którego te 10 dolarów to solidna premia do pensji za którą musi wykarmić liczną rodzinę.

Nadine i wojna

Podczas wieczornych rozmów poruszaliśmy różne tematy. Zapytałem Nadine o historię, wspominając nieco o Polsce i II wojnie. Opowiedziała o krótkiej ale burzliwej historii Burundi. Nie chcę opisywać tego co każdy znajdzie w Internecie. Jednak zdradziła mi kilka szczegółów brutalnej wojny która trwała ponad 10 lat i zakończyła się w 2005 roku. Niezwykłe jest ile krwawych scen noszą w sobie ci ludzie. Zrozumiałem też dlaczego społeczeństwo Burundi jest tak młode.

Podczas wojny Bużumbura została podzielona na strefy wpływów pomiędzy Tutsi a Hutu. Poszczególne dzielnice zostały odcięte od siebie i zamknięte. Jeżeli jakaś dzielnica należała do Tutsi to na jej terenie trwała eksterminacja ludzi Hutu i odwrotnie. Jeżeli ktoś miał rodzinę w innej dzielnicy to była możliwość przedostać się w odwiedziny, jednak rodzina ręczyła własnym życiem za tą osobę. Życie ludzkie w tamtych czasach niewiele znaczyło. Bywało kartą przetargową. A zabić kogoś nie oznaczało po prostu strzelić do niego. Zabijało się gołymi rękami.

Częstym przypadkiem były napady na wybrane domy, podczas których zabijani byli wszyscy jego mieszkańcy. Nadine opowiadała o swojej rodzinie i znajomych. Nie mogła powstrzymać łez. Wszystkie emocje i wspomnienia są nadal bardzo silne u wszystkich mieszkańców Burundi.

W jej domu mieszkał człowiek który wynajmował od jej rodziny mieszkanie. Kiedy przyszli po niego, obcięli mu głowę. Innemu na żywca rozcięli klatkę piersiową, wyjęli serce, po czym poderżnęli gardło.

W innej dzielnicy Nadine miała najlepszą przyjaciółkę. Kiedy przyszli do ich domu, zabili dziadków, ją samą i ojca. Matka była w ciąży. Napastnicy rozcięli jej brzuch i wyjęli dziecko zabijając oboje.

W wielu domach znajdują się duże moździerze do rozcierania produktów spożywczych, Przypominają te nasze małe metalowe do rozcierania ziół. Małe dzieci były wrzucane do takich moździerzy i zatłukiwane na śmierć. Ludzie się nie zabijali. To była patroszalnia, okres który trwał ponad 10 lat. Wojna się zaczęła kiedy moi znajomi mieli po 9-13 lat. Dorastali na wojnie patrząc jak giną ich rodziny, znajomi, przyjaciele. To wszystko działo się jeszcze 6-7 lat temu.

To wszystko trzeba wiedzieć, aby poznać i zrozumieć to co ludzie noszą w sobie. Aby zrozumieć ich mentalność i psychikę. To przed czym się bronią i uciekają, czego się boją. Wiele sytuacji wypierają ze swojej pamięci. Wielu z nich nie jest w stanie mówić w ogóle o tym co było. Nigdy później nie miałem takiej rozmowy jak tego wieczoru z Nadine.

Wiele kobiet było ofiarami gwałtów. Czują niechęć do swoich rodaków. Ich jedynym marzeniem jest mieć białego męża, wyjechać jak najdalej najlepiej do europy i nigdy nie wrócić.

Dziś dla młodych ludzi nie jest ważne kto jest Hutu a kto Tutsi. Priorytetem jest kraj bez podziałów. Zrozumiałem, że to jest największa motywacja do budowania jak najlepszych relacji z innymi ludźmi. Ale zapewne minie jeszcze wiele lat, być może pokoleń zanim widmo wojny odejdzie do historii.

DSC_1813

Różnica cywilizacyjna

Kolejny dzień spędzony w centrum miasta. Przez kilka godzin próbowałem wypłacić w dwóch bankach pieniądze z karty. Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie wyraźnie nie radzą sobie ze swoją pracą. Prosty przykład: Poszedłem do miejsca skąd można tanio dzwonić za granicę. Były tam trzy stanowiska z telefonami. Za biurkiem siedziały trzy panie, których jedynym obowiązkiem było wykręcić numer i przyjąć pieniądze po zakończeniu rozmowy. Rozmowa toczyła się tak:

Ja: Ile kosztuje wykonanie telefonu na polski numer stacjonarny?

Pani z okienka: Nie wiem, ale będzie tanio. Maszyna podliczy na koniec rozmowy i będzie widać.

Ja: Ale chciałbym wiedzieć czy podliczy 10$ czy 100$ i zależy mi na tej informacji zanim wykonam telefon.

W końcu wpadła na pomysł, aby sprawdzić stawkę w grubej książce telefonicznej. I to nie jest tak, że nie chciało jej się pracować. To bardzo specyficzna mentalność polegająca na tym, że pierwszy pomysł jest najlepszy i dalej już się nie myśli. Trzeba więc myśleć za nich i szukać rozwiązań, rzucać pomysły, podpowiadać. Podobnie było w banku gdzie musiałem podpowiedzieć jak uzyskać cenę z prowizją. A Samson na moje pytanie „skąd mogę tanio zadzwonić do Polski?” odpowiedział „nakupimy Ci doładowań na komórkę, to będziesz mógł zadzwonić.”. Niektóre pomysły są wręcz absurdalne. Zastanowiła mnie przyczyna takiego myślenia. Doszedłem do wniosku, że jest to lud bardzo prosty. Kierujący się prostymi, jasnymi zasadami. Nasza cywilizacja spadła na nich i wyraźnie przytłoczyła. W Europie, żyje się bardzo szybko, goniąc w stresie za swoimi sprawami. Trzeba umieć myśleć analitycznie i realizować po kilka rzeczy na raz. Często bardzo mnie irytowało kiedy potrzebowałem coś załatwić i w moim przekonaniu to była sprawa do wykonania w ciągu np. 2 godzin, a w praktyce przeciągała się do pięciu. Czy w takim razie nasz postęp cywilizacyjny i tempo życia sprawia, że myślimy szybciej, bardziej kreatywnie? Bardzo możliwe, jednak poznając świat Afryki środkowo-wschodniej, tak skrajnie różny od naszego, trzeba się  zastanowić jaki jest koszt naszego postępu. Czy aby z naszego bagażu człowieczeństwa nie zgubiliśmy po drodze kilku ważnych elementów.

Biały na Czarnym Lądzie

Często spotykały mnie zabawne historie związane z moim pochodzeniem. Oczywiście wszystkie uwagi wypowiadane pod moim adresem były w języku kirundi. Ja natomiast widząc spojrzenia i gesty dobrze wiedziałem o kim jest mowa i kazałem sobie wszystko tłumaczyć. Ani razu nikt nie zażartował sobie ze mnie wprost tak abym zrozumiał. Jest to związane z tym, że miejscowi okazują szacunek białym. To czy jest on szczery, czy jedynie pozorny jest sprawą drugorzędną. Bez powodu nikt nie okazuje braku szacunku.

Zdarzało się, że spacerując po mieście dochodziły mnie krzyki zdenerwowanych taksówkarzy. Narzekali, że skoro jestem biały to nie powinienem chodzić, tylko jeździć i przy okazji dać im zarobić.

Przed wyjazdem kilku moich znajomych sugerowało, że na pewno zostanę zjedzony w dziczy. W burundyjskich wsiach matki straszą swoje dzieci, że jak będą niegrzeczne to przyjdzie biały i je zje. I faktycznie zdarzało się, że gdzieś na prowincji dzieciaki uciekały przede mną z krzykiem.

Pewnego wieczoru czekaliśmy z Nadine i Samsonem przed bramą domu Bosco. Przechodzący ludzie rzucali różne komentarze. Ktoś powiedział, że białego nie chcą wpuścić do domu. Ktoś inny, że w ciemności widać mnie z kilometra.

Kolor skóry potrafił jednak sprawiać trudności przy negocjacji cen. Nawet kiedy odprowadziliśmy Samsona do taksówki, kierowca widząc mnie zażądał pięciokrotnie wyższej ceny. Nie dało się wytłumaczyć, że to nie ja będę jechał. Biały ma pieniądze, więc na pewno zapłaci za podróż kolegi.

 

Religia

Zdecydowanie większość mieszkańców Burundi to Chrześcijanie. Najwięcej jest katolików i protestantów. Podobnie jak w Polsce, wszyscy zbierają się w niedziele w kościołach na mszy. Kościół w którym byłem, był zwyczajnym murowanym budynkiem z jednym dużym pomieszczeniem. W środku było tylko kilka drewnianych ławek, krzyż i perkusja własnej roboty. Większość mszy polega na śpiewaniu różnego rodzaju pieśni. I to właśnie była najbardziej niezwykła rzecz. Jak wiadomo czarni ludzie mają charakterystyczne barwy głosu i jak śpiewali wszyscy to aż było czuć dreszcze. Mszę prowadził ktoś w rodzaju pastora, momentami wprowadzając się niemal w stan ekstazy, krzycząc i gestykulując.

Z religią jest podobnie jak z różnicami cywilizacyjnymi o których pisałem wcześniej. Nasza wiara przyszła do Afryki wraz z misjonarzami, wypierając pierwotne wierzenia mieszkańców. Pojawieniem się Słowa Bożego, sprowadziło pomoc w postaci postępu, szpitali, sklepów. Ale przy zyskach są zawsze koszty i kierunek proeuropejski kosztował Afrykańczyków bezpowrotną utratę części ich własnej kultury i tradycji.

DSC_1594

 

Rozrywka w Bujumburze

Burundyjczycy są towarzyskim i rozrywkowym narodem. Co jednak robić w kraju gdzie nie ma prądu nie mówiąc o atrakcjach takich jak kina, kręgielnie, parki wodne itd. Najtańsze i najbardziej popularne są wieczorne wyjścia do baru. Życie towarzyskie toczy się na ulicach, rozświetlanych blaskiem świec. Niemal każdy lokal jest pełen ludzi. Słychać warkot generatorów prądu, muzykę i gwar rozmów. W powietrzu unosi się zapach grillowanego mięsa, które w połączeniu z piwem Primus stanowi standardowy zestaw obiadowo-kolacyjny. Przyzwyczajony do tego, że biały wzbudza żywe zainteresowanie w odległych od centrum miasta dzielnicach, zjadłem z Bosco talerz koźliny z cebulą. Poza ścisłym centrum Bużumbury nie widziałem ani jednego europejczyka nie mówiąc o tym, że niejeden zapewne nie zapuściłby się w ciemne ulice.

Po kolacji poprosiłem mojego gospodarza abyśmy pojechali zwiedzić najpopularniejsze imprezowanie. Pierwszym lokalem był bar na świeżym powietrzu. Na parkingu stały najlepsze dostępne na rynku samochody – jeepy, oraz japońskie terenówki. Wszystkie używane, sprowadzane kontenerami z Azji. Po przekroczeniu bramy wejściowej moim oczom ukazało się około dwudziestu stolików, bar, oraz niewielka scena. Wszystkie alkohole dostępne w karcie były dwa razy droższe niż w innych barach czy sklepach. W krótkim czasie na scenie zaczęli się pojawiać pierwsi artyści. To co zobaczyłem było czymś zupełnie nowym i zaskakującym. Jako pierwsi wystąpiły dwie pary taneczne prezentując pokaz salsy – tańca bardzo popularnego w Afryce. Zaraz po nich pojawiła się grupa młodych studentów w choreografii przypominającej boysbandy z wczesnych lat 90-tych. Całość wyglądała karykaturalnie i amatorsko choć widać było, że tancerze traktują to poważnie i spędzili wiele godzin na ćwiczeniach. Kolejny występ spowodował wybuch śmiechu. Na scenę wyszła młoda kobieta z mikrofonem, a z głośników dało się słyszeć pierwsze takty jakiegoś hitu w stylu Mariah Carem – Without You. Ale ku mojemu zaskoczeniu piosenka nie była podkładem tylko normalną piosenką a kobieta nie zaczęła śpiewać tylko udawać, że śpiewa. Był to rodzaj takiego teledysku na żywo, gdzie dziewczyna przeżywa każde zdanie piosenki, gestykuluje, a nawet wije się na scenie. Szczerze mówiąc to było gorsze od naszego disco polo i żal było patrzeć, ale publiczność była zachwycona. Kiedy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy na scenie pojawił się mój faworyt. Wieczór został uratowany przez jeden występ od którego nie można było oderwać oczu. Majstersztyk w czystej postaci. Moim oczom ukazał się czarny karzeł, który wykonał taniec elektro z elementami break dance. Skakał, stawał na rękach, podrygiwał a my wyliśmy ze śmiechu. Później wszyscy artyści wychodzili ponownie prezentując nowe układy i tak w kółko przez cały wieczór. Większość z nich było studentami dorabiającymi sobie po szkole.

Drugim miejscem była zwykła lokalna dyskoteka ze stolikami na zewnątrz i niewielkim parkietem wewnątrz lokalu.

Na koniec zostawiliśmy najbardziej ekskluzywny klub zlokalizowany w centrum Bujumbury o nazwie Havana Club. Wnętrze przypomina europejskie dyskoteki. Były ekrany LCD na których prezentowane były teledyski. Na specjalnym podwyższeniu była konsola DJ’a który miksował zarówno amerykańskie hity hip-hopu oraz rnb, jak również lokalne przeboje. Imprezy odbywają się w piątek, sobotę i niedzielę. Spędziliśmy tu również całą noc przed moim wyjazdem skąd pojechałem prosto na dworzec.