Loading

Burundi – wjazd lądem z Rwandy i pierwsze wrażenia po 4 dniach podróży

Burundi – wjazd lądem z Rwandy i pierwsze wrażenia po 4 dniach podróży

Bujumbura? Najpierw Rwanda

Po drodze do Burundi mamy jeszcze Rwandę. Tym razem nabyłem miejsce w autobusie z dala od okna. Na szczęście autobus nie był pełny, więc mogłem w ciągu dnia podziwiać widoki i robić zdjęcia. A było co podziwiać. Krajobraz zmienił się w nieco pagórkowaty i bardzo zielony. Mijaliśmy malownicze wioski, sady bananowców, przydrożnych sprzedawców. Kobiety w kolorowych tradycyjnych strojach niosące dzbany na głowie. A wszystkiego dopełniał klimat naszego pojazdu. Wnętrze odnowione, obite czerwonym materiałem. W schowkach ponad głowami głosniki i tuby basowe. Na dachu monitory LCD. I przez całą drogę najnowsze dyskotekowe hity wschodniej Afryki. Niezwykła mieszanka lokalnej kultury z wpływami amerykańskiego hip-hopu i gangsterskiego wizerunku. Suahili hip-hop naprawdę robi wrażenie. Droga do Bużumbury trwała 20 godzin. Na tyle ile było to możliwe próbowałem spać. Odprawa graniczna w Rwandzie przy uzyskaniu wizy tranzytowej przebiegła bezproblemowo. To już inna Afryka. Poza tym, że są to kraje profrancuskie i ruch jest prawostronny, biały wzbudza dużo większe poruszenie. Lata wojen zrobiły swoje. Wszędzie jak dotąd poza zaskoczeniem, była przyjaźń i chęć pomocy ze strony miejscowych.

Wjazd do Burundi

Na granicy straciliśmy kilka godzin na cleniu towarów handlarzy przez celników. Do stolicy Burundi dotarłem o godzinie 18. Bużumbura jest pięknie położona na stoku niewielkiej góry, granicząc u jej podnóża z jeziorem Tanganika. W czasie jazdy łagodnymi serpentynami można podziwiać słońce zachodzące od strony jeziora. W tle majaczyły zielone wzgórza dzikiego Kongo. Na przedmieściach setki osób. Przydrożne drewniane chaty przypominające szałasy okazały się w późniejszym czasie barami w których ludzie zbierają się wieczorami pijąc piwo i jedząc szaszłyki z koźliny.

Wreszcie na miejscu!

Był to czwarty dzień podróży w nieustannej  koncentracji i uwadze na rzeczach i otoczeniu. Czwarty dzień bez porządnego snu i bez kąpieli. Wreszcie był to czwarty dzień jedzenia i picia tylko tyle ile trzeba, aby za często nie musieć korzystać z lokalnych toalet. Na miejscu byłem umówiony przez Internet z człowiekiem imieniem Samson, którego nigdy nie widziałem na oczy. Był moją nadzieją na to, żeby każdego dnia nie walczyć o ceny usług i nie zmagać się z różnicami kulturowymi. Nie wiedziałem czy dostał moją ostatnią wiadomość z Kampali o tym kiedy przyjadę i czym. Nie wiedziałem czy będzie czekał, bo okazało się że w Burundi polskie komórki nie mają zasięgu. Autobus dotarł na miejsce, ludzie zaczęli wysiadać. Powoli traciłem nadzieję, że ktoś się zjawi. Wtedy podszedł do mnie niewielki meżczyzna i powiedział „Hello, It’s me – Samson”.

Samson

Bujumbura

Po powitalnym piwie wymieniłem pieniądze u ulicznych handlarzy i pojechaliśmy do brata Samsona imieniem Bosco. Dom Samsona nie był jeszcze wykończony. Nie miał łazienki, ani ciepłej wody. Po rozpakowaniu rzeczy upragniony prysznic. Dostałem pokój z dużym łóżkiem i moskitierą podczepianą do sufitu. Spytali czy nie chce iść spać bo na pewno jestem zmęczony podróżą. Szkoda mi było jednak każdej straconej sekundy, więc decyzja była jedna: idziemy na miasto. Dołączyli do nas znajomi Bosco, Moses i Coco. Na ulicach Bużumbury panował spory ruch. W całym mieście nie było prądu. Jedyna w kraju elektrownia jest w stanie dostarczać prąd jedynie na kilka godzin w ciągu dnia. Zwykle światło jest rano, lub około południa. Bary, sklepy, stacje benzynowe i urzędy mają własne generatory zasilane paliwem. Mniejsze knajpy dalej od centrum oświetlane są świeczkami.

DSC_1197

 

Pierwsze wrażenia

Co chwila byłem komuś przedstawiany. Z oddali słyszałem czasem śmiechy i szepty „mzungu, mzungu” co w języku suahili oznacza „biały człowiek”. Nie ma się co dziwić, w końcu oni widzieli mnie w nocy doskonale.

W barze podano mi chleb kasawa (przypominający chleb ugali), a także rewelacyjne szaszłyki z koźliny zwane brochette. Do picia poza colą i wodą jest lokalne piwo Primus a także duński Tuborg oraz mocniejszy niemiecki Bock. Kobiety bardzo rzadko piją. Bosco stwierdził, że po alkoholu głupieją i zbiera im się na seks.

DSC_1217

Mało kto mówi po angielsku. Burundi było kolonią francuską, więc poza lokalnym kirundi i międzynarodowym suahili, wszyscy mówią po francusku. Angielski dopiero od niedawna jest nauczany w szkołach, ale nawet ci starsi którzy troche rozumieją, wstydzą się mówić. Była to dla mnie tym większa egzotyka kiedy rozmowa często toczyła się na migi. Komunikacja bazowała na gestach, języku ciała, mimice. Na szczęście Samson w miarę możliwości wszystko tłumaczył.

Wieczorami ulice patrolowane są przez uzbrojonych funkcjonariuszy policji. Jednak jest to niemal niezauważalne, a miasto po zmroku jest bardzo bezpieczne.