Loading

Bujumbura – miasto, jedzenie, atrakcje, jezioro Tanganika

Bujumbura – miasto, jedzenie, atrakcje, jezioro Tanganika

Bujumbura – jak wygląda miasto?

Drugiego dnia pobudka o 7:30 i po szybkim śniadaniu ruszyliśmy zwiedzać miasto. Taksówką dostaliśmy się do centrum które przypomina nieco małe polskie miasta. Widać, że Bujumbura została zbudowana przez europejczyków. Niska murowana zabudowa, na ulicach duży ruch. Turystycznie, Burundi dopiero raczkuje. Nie rzucają się w oczy hotele, choć jest ich kilka. Nie ma ani jednego bankomatu. Jest za to kilka banków w których za pomocą karty możemy wypłacić dolary lub euro. Przy kilku restauracjach działają kantory wymiany walut.

Centralnym punktem miasta jest duży bazar. Idąc po chodniku czasem ciężko się przecisnąć. Zewsząd dobiegały mnie pozdrowienia i ciekawe spojrzenia. Samson co chwila witał się z kolejnymi znajomymi. Kontakty to bardzo cenna rzecz dla Burundyjczyków. Szybko przekonałem się, że duża większość sklepów to albo chińskie podróbki, albo towary z drugiej ręki. Liczna rzesza znajomych zwiększa szansę pozyskania klienta, bądź wyszukania pożądanego towaru. Ponad to rodziny afrykańskie są bardzo liczne, więc większość młodych osób spotykanych na ulicy było bliższymi lub dalszymi znajomymi, albo znajomymi znajomych itd. Co kilka kroków ktoś witał nas w tłumie i wymienialiśmy grzecznościowe formułki.

Jezioro Tanganika

Większość dnia nie było prądu, więc cała moja elektronika przestała działać. Telefon zostawiłem do naładowania na stacji benzynowej u znajomych Bosco. Dzień spędziliśmy głównie na bazarach i w sklepach. Po południu Samson zaprosił na spotkanie swoje 3 dobre przyjaciółki Nadine, Annick i Jeanne z którymi pojechaliśmy nad jezioro Tanganika. Na plaży zaczepił mnie mały chłopiec dziwiąc się czemu piję lokalne piwo Primus skoro jestem biały. Podziały rasowe mimo, że nie maja formy niechęci to jednak są głęboko zakorzenione w menalności Burundyjczyków. Ze względu na niemal całkowity brak turystów, większość spotykanych białych to delegaci ONZ, a także naczelnicy banków, lub kierownicy innych europejskich instytucji. Są to ludzie bogaci, przyzwyczajeni do europejskich dań, napojów, alkoholi. Biały człowiek spędzający czas w miejscach gdzie żaden biały nigdy się nie pojawia, i korzystający z lokalnej atrakcji wzbudzało dodatkowe zdziwienie.

DSC_1324 DSC_1263

Choroba

Na każdej wyprawie są problemy zdrowotne. Pół biedy kiedy jest to zwykłe rozwolnienie spowodowane nieświeżym jedzeniem.

Obudziłem się w środku nocy. Przeszywające zimno i dreszcze. Czułem, że to nie spadek temperatury powietrza. Do tego problemy żołądkowe. Ubrałem wszystko co miałem. Długie spodnie, skarpetki, t-shirt, bluzę i przykryłem się kocem. Niewiele pomagało. Zaaplikowałem większą dawkę ibupromu i węgla i usnąłem. Niestety okazało się, że rano jest jeszcze gorzej. Osłabienie było tak duże, że przejście 10 metrów do toalety była wyprawą którą trzeba było pokonywać z odpoczynkiem po drodze. Pech chciał, że tego dnia Bosco wyprawiał urodziny na ponad 50 osób. A ja będąc jego gościem byłem ze względu na moje pochodzenie wpisany na listę atrakcji wieczoru. Kiedy zebrała się cała grupa znajomych stwierdzili, że to malaria. Irytowało mnie wygłaszanie takich diagnoz. Codziennie brałem malarone i po przeczytaniu dokładnie ulotki, objawy nie wskazywały na malarię. Niestety, żadne moje lekarstwa nie pomagały. Zresztą wiedza z zakresu medycyny moich znajomych była taka, że jak poprosiłem o sam ryż na żołądek, to przynieśli mi smażony z warzywami, żeby mi lepiej smakował. Około 12 zdecydowałem się pojechać do kliniki. Zawlekli mnie do samochodu. Pojechał ze mną Samson i Annick a zawiózł nas trzeci znajomy Thomas. Kiedy wszedłem do gabinetu i zobaczyłem czarnego w białym fartuchu, nie wiedziałem jak głębokiej wiedzy medycznej się po nim spodziewać. Dałem mu moją siatkę z lekarstwami i kazałem mówić na co są. Po przeczytaniu składu bezbłędnie określił działanie każdego z lekarstw, co troche mnie uspokoiło. Zobaczył książeczkę szczepień i zalecił badania kału i morfologię krwii. Zbadał temperaturę – 40 stopni. Badanie krwii na szczeście wykonywano jednorazowymi igłami. Wyniki były w ciągu godziny. Lekarz odrzucił malarię, żółtą febrę. Podejrzenie padło na salmonellę. Zapisał szereg lekarstw, w tym antybiotyk i powiedział, ze jeżeli to nie salmonella to po lokalnych lekarstwach przejdzie mi w ciagu 2-3 dni.

Tak też się stało. Po 3 dniach już nie pamiętałem o chorobie, choć antybiotyk brałem do końca wyjazdu. Podejrzewam, że chorobę spowodowała bagietka z omletem.

Jedzenie w Burundi

To niestety ta gorsza strona Burundi. Knajpy w centrum podają raczej europejskie dania. A przynajmniej starają się. Na śniadanie można zjeść bagietki z różnymi dodatkami oraz dobre sałatki. Na obiad podają również zachodnie dania takie jak lasagne, spaghetti, kurczak, frytki. Cześć menu w restauracjach to spadek po francuzach. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że lokalne jest najlepsze. Chcesz się leczyć, bierze lokalne lekarstwa, chcesz dobrze zjeść to jedz lokalne jedzenie. Ale zachciało mi się europejskiego. Chciałem poczuć smak który dobrze znam i lubię. Zamówiłem kurczaka z frytkami. Pozornie proste danie które trudno zepsuć. Gdybym w momencie zamówienia wiedział jak się pomylę..

Frytki były jeszcze do przełknięcia, ale kurczak (o ile w ogóle to był kurczak) to kulinarne samobójstwo. Podano mi udko od którego nie byłem w stanie odgryźć mięsa.

Za to lokalna kuchnia to już co innego. Bardzo popularna jest fasolka w sosie przypominająca naszą fasolkę po bretońsku. Najlepsze jednak są wspomniane już brochette – szaszłyki z koźliny pieczone na grillu. Poza tym, wszelkie mięsa już rozdrobnione w postaci gulaszu z chlebem kasawa. I na koniec moja ulubiona przekąska – nagala fish. Maleńkie rybki wielkości małego palca pochodzące z jeziora Tanganika. Przygotowywane są w całości, smażone w głębokim oleju z delikatną panierka. Na talerzu polewane sokiem z limonki. Palce lizać. Do picia zwykle podaje się znane nam napoje butelkowe. Z nowych rzeczy w Burundi dostępny jest napój ananasowy w butelce.

Pewnego dnia zostałem zaproszony przez Nadine do jej domu rodzinnego na obiad. Na przystawkę podano nagala fish, a jako danie główne był świeży jeszcze ciepły chleb kasawa i dwa rodzaje mięs z sosami na półmiskach. Wszyscy jedzą z jednego talerza. Każdy urywa kawałek chleba i nabiera nim mięso wraz z sosem z półmiska. Zaskoczyło wszystkich, że jadłem obiema rękami. Kultura afrykańska nakazuje jeść jedynie jedną ręką, co wymaga nieco wprawy. Przy okazji poznałem rodzinę Nadine oraz całą gromadkę dzieciaków.

DSC_1236

Saga Plage

Bujumbura leży nad jeziorem Tanganika, które jest największą atrakcją miasta. Jadąc wzdłuż brzegu za miastem można obserwować krokodyle i hipopotamy w ich naturalnym środowisku. W mieście natomiast są piękne, szerokie plaże. Najładniejszą z nich jest Saga Plage. Ciepła woda, oraz łagodne zejdzie z brzegu sprawiają, że można w niej siedzieć cały dzień. Przewagą ciepłego jeziora nad oceanem jest fakt, że woda nie jest słona i nie przeszkadza w długiej kąpieli. W pobliżu plaży są boiska siatkówki, oraz kilka klimatycznych knajpek. Zjedliśmy nagala fish z frytkami, duży puchar deseru ze świeżych owoców,  wypiliśmy kilka piw. Przy dobrej widoczności widać w oddali wzgórza Kongo.

DSC_1648

DSC_1715

Weekendowe Aktywności

Weekend jest świętem w Bujumburze. W sobote między 6 a 10 rano ruch w całym mieście jest wstrzymany, a ulice zamknięte. Policja ustawia checkpointy zatrzymujące samochody. Są to tzw. Community activities – czas dla mieszkańców. Wszyscy wychodzą biegać, tańczyć, grać w piłkę. Akurat tego dnia zaplanowaliśmy wyjazd za miasto. Zabraliśmy ze sobą sąsiada Samsona, który jest policjantem. Dzięki niemu mogliśmy spokojnie przejechać przez miasto. Droga prowadziła wzdłuż brzegu Tanganiki. Mijaliśmy burundyjskie wioski, weekendowe bazary, bawiące się dzieci i kobiety w tradycyjnych strojach.

DSC_1548-2 DSC_1505 DSC_1517 DSC_1526